Mnożenie i dzielenie przy okazji

Mnożenie i dzielenie przy okazji

- "Proszę Pani, to jest nudne!" - powiedzieli moi uczniowie, wykonując działania mnożenia i dzielenia w kartach ćwiczeń. Wzięłam to sobie do serca i przygotowałam dla nich coś ciekawszego. Ponieważ lubią kodować, zakodowałam dla nich rysunek. Tylko że tym razem nie był to kod wykorzystujący oznaczenia pól (A3, B6 itd.). Na polach znajdowały się działania, a wynik (lub brakująca liczba) miały przyporządkowane kolory. 


Liczenia było bardzo dużo; tak dużo, że pozwoliłam uczniom pracować w parach, aby się nie zniechęcili i przy okazji mogli sprawdzać wyniki - gdyby rysunek im nie wyszedł z powodu popełnionych błędów, mogliby stracić motywację do liczenia. Rysunek dobrałam w taki sposób, aby do samego końca nie było wiadomo, co to będzie. Uczniowie byli bardzo ciekawi. Liczyli, sprawdzali wyniki z partnerem, kolorowali. Powiedziałam, aby byli czujni, gdyż niektóre działania się powtarzają. Dość szybko zauważyli, że np. 6·_=42 to jest to samo, co 42:6=. Dzięki temu lepiej zrozumieli oba działania. 

Pod koniec pozwoliłam uczniom przejść po sali i porównać swój obrazek z innymi. Wtedy okazało się, że niektóre pola mają inne kolory i trzeba było sprawdzić, który kolor jest właściwy, więc liczyli jeszcze raz. Wykonanie tej karty pracy zajęło nam 2,5 lekcji, ale tak wiele działań i operacji myślowych wykonali w tym czasie, że były to bardzo wartościowe lekcje. Już wiem, że będę im podobne zadania przygotowywała częściej - nie tylko z mnożeniem i dzieleniem. 




A tak wygląda efekt końcowy:


Design for Change, czyli magia w dzieciach

Design for Change, czyli magia w dzieciach

Dzieci mają w sobie ogromny potencjał. Jeśli damy im szansę się wykazać, potrafią czynić cuda. Potrzebują do tego poczucia bezpieczeństwa, akceptacji i wiary w siebie. To wszystko daje im metoda Design for Change. Chciałabym opowiedzieć Wam historię o drodze, jaką pokonali do tej pory moi uczniowie. To jeszcze nie koniec ich podróży - tu nie ma mety. Jedno wyzwanie pociąga za sobą kolejne - jak kostki domina. Tyle że kostki domina upadają, a moi uczniowie wznoszą się coraz wyżej.  


Wyobraźcie sobie taką sytuację: jest koniec września, lekcja angielskiego, 5 minut przed dzwonkiem. Kończę lekcję i mówię do piątoklasistów, że chciałabym im w tym roku zaproponować realizację projektu - poza lekcjami, ale w sumie to nie mogę im więcej powiedzieć, bo sami zdecydują, co to będzie. Mało informacji jak na początek, ale czują się zaintrygowani i wchodzą w to. Ustalamy termin pierwszego spotkania dla chętnych. Popołudniu piszę do rodziców dość enigmatyczną wiadomość o tym, co zaproponowałam uczniom. Proszę, aby nie zmuszali dzieci - niech przyjdzie ten, kto chce. W rezultacie na umówione spotkanie po lekcjach przychodzi 10 osób z 16 osobowej klasy. Robię zajęcia wprowadzające, żeby zrozumieli, na czym polega ta metoda. Uczniowie są zachwyceni. Od razu chcą przejść do pierwszego etapu projektu, chociaż zadzwonił już dzwonek na przerwę. Mam dylemat. Rodzice wiedzą, że spędzę z uczniami tylko 1 lekcję, więc ryzykuję pretensje. Ale nie mogę zmarnować tej energii i chęci działania. Zostajemy jeszcze trochę i planujemy projekt. Uczniowie określają problemy w swoim otoczeniu. Potem te problemy kategoryzujemy i na tym kończymy spotkanie. Przez najbliższe dni uczniowie mają się zastanowić, którym problemem chcieliby się zająć. 

Tydzień później decydują, że bardzo przeszkadza im organizacja kolejki na stołówce szkolnej. Dyskutują, określają, co leży u sedna problemu. Rozmawiają z wybranymi nauczycielami dyżurującymi na stołówce oraz z pracownikami kuchni. Podczas kolejnych tygodni wymyślają rozwiązanie, robią szczegółowy plan i wycenę potrzebnych materiałów; spotykają się z dyrektorem szkoły, aby zapytać o pozwolenie na działanie. I wtedy przychodzi edukacja zdalna. 

Od samego początku podczas lekcji online uczniowie pytają mnie, czy będziemy kontynuować projekt, ale nie da się zmieniać przestrzeni szkolnej siedząc w domu. Zbywam więc ich prośby o spotkanie. Oni naciskają. W końcu spotykamy się online i ustalamy, że skoro nie możemy dokończyć tamtego projektu, zrobimy nowy. Przechodzimy cały proces ponownie. Uczniowie decydują się prowadzić stronę internetową dla nastolatków, na której będą mogli dzielić się swoimi pasjami. Przeprowadzają ankietę wśród rówieśników na temat ich zainteresowań, uczymy się razem o prawie autorskim, piszą artykuły. Chciałabym to podkreślić - uczniowie robią to wszystko w czasie wolnym, z własnej inicjatywy. I tak do końca roku szkolnego.

W międzyczasie zapisuję uczniów na Warsztaty z Wyzwaniem programu Projektor, ponieważ są tam poruszane zagadnienia, które moi uczniowie powinni znać, aby jeszcze lepiej realizować swój projekt: “Mam wpływ na swoje otoczenie”, “Żyję i działam w cyfrowym świecie”, “Chronię planetę”. Biorą udział w 3 warsztatach z wyzwaniem, każdy trwa w sumie ponad 3 godziny zegarowe i wymaga pracy własnej uczniów. Zorganizowane jest to w ten sposób, że najpierw odbywa się ok. 2 godzinne spotkanie, na którym jest integracja zespołu, dużo dyskusji, potem określenie problemu, np. ekologicznego, pierwsze propozycje rozwiązań. Potem uczniowie mają wybrane rozwiązanie dopracować w domu, wykonać jakąś prezentację albo opisać je tak, aby podczas drugiego spotkania je przedstawić. Wspominam zwłaszcza ostatnie warsztaty. Podczas pierwszego spotkania uczniowie określili problemy, a potem w domu mieli przygotować prezentacje rozwiązań. Zwykle przypominałam im o tym “zadaniu domowym”. Wtedy jednak miałam tak dużo na głowie, że zupełnie mi to uciekło. Dopiero dzień przed drugim spotkaniem znalazłam w kalendarzu przypominajkę. Nieco przerażona poprosiłam uczniów o szybkie spotkanie na przerwie. Przyszli wszyscy. Przypomniałam im o jutrzejszym spotkaniu i zapytałam, czy dadzą radę coś przygotować, na co Amelka odpowiedziała krótko, nieco zdziwiona, że w ogóle o to pytam: “Ale my jesteśmy już przygotowani”... Długo zbierałam szczękę z podłogi.

Podczas Warsztatów z Wyzwaniem są bardzo aktywni. Dlatego Projektor zaprasza ich do udziału w konferencji podsumowującej cały rok działań Programu. Na początku września spotykamy się wieczorem w szkole i uczestniczymy w ogólnopolskiej konferencji online, na której uczniowie na żywo mówią o swoich wrażeniach po warsztatach z wyzwaniem. Wyszło śmiesznie, ponieważ dostaliśmy wcześniej propozycje pytań, przygotowaliśmy odpowiedzi - każdy uczeń miał przygotowaną odpowiedź na konkretne pytanie. Tylko że podczas konferencji prowadząca poprosiła uczniów o podanie ich imion, a potem zadawała pytania konkretnym osobom i tylko raz trafiła dobrze z pytaniem. Zdecydowana większość uczniów musiała odpowiedzieć na pytanie, na którego odpowiedź przygotowywał ktoś inny, więc de facto mówili na żywca, bez przygotowania. Widziałam przerażenie w ich oczach, ale dali radę. 

Zaraz potem otrzymujemy zaproszenie do udziału w międzynarodowej konferencji Be the Change, organizowanej przez brazylijskie biuro DFC. Konferencja jest online, ale musimy się do niej sporo przygotować - nagrywamy filmik, wykonujemy infografiki, tłumaczymy je na język angielski. To duże przeżycie mimo tego, że tym razem nie ma występu na żywo. Ja jestem tego dnia na wycieczce z moją aktualną klasą 2, a szóstoklasiści oglądają konferencję w internecie. Cały czas jesteśmy na łączach i komentują mi, co się dzieje.


Klasa 6 - od pierwszego dnia uczniowie pytają, co będziemy robić w tym roku w ramach projektu i znowu chcą brać udział w Warsztatach z wyzwaniem programu Projektor. Spotykamy się więc i ustalamy. Uczniowie decydują się wykorzystać swoje aktualne zainteresowania na rzecz zwierząt: ponieważ w wolnym czasie często robią biżuterię, chcą robić bransoletki, potem zorganizować kiermasz, sprzedać swoje wytwory, a za zarobione pieniądze kupić dary dla schroniska. Spotykamy się w każdy piątek, uczymy się robić różne bransoletki, podczas spotkań cudownie spędzamy razem czas - rozmawiamy, słuchamy muzyki, planujemy. Na przełomie lutego i marca sami proponują, aby zmienić cel i zamiast schroniska, wesprzeć uchodźców z Ukrainy. Sami organizują kiermasz, wykazując się przy tym przedsiębiorczością: robią plakaty informacyjne, wymyślają promocje, robią bransoletki na zamówienie, a przy tym wszystkim świetnie się bawią. Dokańczają projekt w pięknym stylu - razem robimy zakupy i zawozimy je do punktu zbiórki. Towarzyszą temu ogromne emocje, przede wszystkim radość i satysfakcja. Patrzę na nich zauroczona, a kiedy wracam do domu mam tyle energii, że mogłabym góry przenosić. Jeszcze raz podkreślę - nikt ich do tego nie zmusza, nie dostają za to ocen, robią to wszystko w czasie wolnym. 

Cały czas piszę w internecie o ich działaniach, promuję. Ich zaangażowanie zostaje zauważone. Najpierw dostaję propozycję od Design for Change Polska, aby wytypować kogoś z grupy, żeby ubiegał się o zostanie członkiem Student Council - międzynarodowego samorządu uczniowskiego działającego przy organizacji Design for Change. To wymagająca funkcja - regularnie odbywają się spotkania, są dodatkowe zadania dla członków, nagrywanie filmików, promowanie swoich projektów, korespondencja mailowa, grupa na WhatsAppie, wszystko odbywa się po angielsku. Typuję, że Oliwka, jako naturalna liderka, nadaje się do tego idealnie. Kiedy jej to proponuję mam obawy, czy zechce, czy nie będzie się bała odpowiedzialności i pracy. Wiecie, co odpowiada Oliwka? Że jej miło, że to właśnie ona dostała tę propozycję i że się boi, ale bardzo chciałaby spróbować, bo wie, że dzięki temu bardzo dużo się nauczy. Spotykamy się między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem i nagrywamy filmik, przedstawiający jej kandydaturę. Zostaje wybrana i staje się pierwszą Polką w Student Council

Potem pojawia się propozycja dla całej grupy - zostają ambasadorami Design for Change w Polsce. Ich zadaniem jest promować tę metodę. Poprzez stronę na fb Młodzi Zaprojektowani pokazujemy nasze działania. Pod koniec kwietnia szóstoklasiści spotykają się online z nauczycielami w grupie eTwinning Wczesnoszkolni. Podczas spotkania opowiadają o metodzie DFC i o swoim aktualnym projekcie. I znowu myślałam, że będą się bali - uczniowie mieli w pewnym sensie uczyć nauczycieli. Tymczasem na spotkaniu pojawia się aż połowa grupy (pozostali też chcieli, ale mieli w tym czasie inne zajęcia). Tuż po spotkaniu słyszę: “Ale to było super! Proszę Pani, możemy tak częściej?” Mają już zaplanowane kolejne 2 spotkania.

Dzięki pracy metodą Design for Change moi uczniowie stają się aktywni, kreatywni, odpowiedzialni, przedsiębiorczy, odważni, stawiają na rozwój i potrafią wyciągać wnioski. Ciągle pokonują różne bariery, walczą z własnymi słabościami takimi, jak np. wstawianie swoich zdjęć w sieci - dla dorastających nastolatek to nie lada wyzwanie. Przekonują się, że mając chęć działania i dobry plan można wiele osiągnąć - nieważne, ile ma się lat. Odkrywają magię, która jest w każdym z nich. A ja obserwuję i zachwycam się, jak na pokazie najlepszego magika... 
Projekt o utalentowanych ludziach

Projekt o utalentowanych ludziach

Na języku angielskim pozwoliłam sobie ostatnio na małe szaleństwo - aż 6 lekcji poświęciłam na projekt, w którym uczniowie klasy 5 wyszukiwali informacje, tłumaczyli je, a potem przedstawiali w formie wizualnej. Tematem byli utalentowani ludzie - najlepiej młodzi, ale nie był to warunek konieczny. Zależało mi na tym projekcie, ponieważ zauważyłam nadmierne korzystanie z translatora, a po za tym poznaliśmy 2 czasy teraźniejsze i wypadało to podsumować praktycznie zanim wejdziemy w czas przeszły.


Do przeprowadzenia projektu wybrałam metodę Agile, którą poznałam w ramach programu Szkoła z klasą. Nie czuję się jeszcze kompetenta do tego, aby opisywać tutaj metodę - sama dopiero się jej uczę. Chciałabym jednak opisać, jak zrealizowaliśmy ten konkretny projekt, ponieważ uczniowie wspaniale pracowali i bardzo dużo się nauczyli. 

Podzieliliśmy projekt na 3 etapy (sprinty): 
  • planowanie, 
  • wyszukiwanie i tłumaczenie informacji 
  • przygotowanie materiałów wizualnych jako pomoc przy prezentacji końcowej. 
Widzę sporo korzyści takiego podziału. Na początku uczniowie mieli odruch, żeby od razu brać się za plakat lub inne materiały wizualne. Zmusiłam ich jednak do szczegółowego zaplanowania projektu - mieli rozpisać, o kim będzie projekt, jakich informacji potrzebują, gdzie będą ich szukać, mieli rozdzielić między sobą zadania (pracowali w parach lub zespołach trzyosobowych) oraz jaką formę przybiorą ich materiały wizualne. Nie było to wcale łatwe zadanie - chodziło o to, aby używać czasów teraźniejszych, więc nie były nam potrzebne informacje, ile nagród ktoś zdobył do tej pory, a właśnie to można znaleźć najszybciej. Uczniowie musieli pogrzebać w sieci, żeby dowiedzieć się, ile ktoś ma dzieci, ile rodzeństwa, gdzie mieszka, co lubi robić w wolnym czasie, jakie są jego/jej ulubione potrawy itp. 

Po za tym dzięki szczegółowemu rozplanowaniu każdy uczeń wiedział, co ma robić, a jeśli ktoś czegoś nie dopilnował, od razu wiedział, że nie było to wystarczająco dobrze rozpisane na początku. Kolejną zaletą jest to, że nie musiałam piątoklasistom o niczym przypominać - każda grupa miała swój plan i w razie wątpliwości sięgali po niego, aby dowiedzieć się, co robić dalej. Ja miałam zatem czas na to, aby popracować z uczniami, którzy słabiej radzą sobie z językiem angielskim i pomóc im w tłumaczeniu. 




Właśnie na drugi etap poświęciliśmy najwięcej czasu. Oczywiście, uczniowie próbowali korzystać z translatora, kiedy nie widziałam. Bardzo szybko jednak okazało się, że to, co przepisali z tłumacza jest nie na temat albo nie ma sensu... W ostateczności wszyscy odstąpili od tłumacza i samodzielnie przetłumaczyli zdania. Najpierw wyszukali w słowniku potrzebne im słowa, a potem układali z nimi zdania. Ja cały czas krążyłam po sali, sprawdzałam zdania, naprowadzałam na właściwą odpowiedź, motywowałam do pracy. Okazało się, że nawet uczniowie, którzy twierdzili, że nic nie potrafią, z moją  pomocą ułożyli zdania po angielsku. 

Dopiero po wyszukaniu informacji, ułożeniu zdań po angielsku i sprawdzeniu ich przeze mnie, grupy mogły zająć się stroną wizualną prezentacji. Każdy mógł wybrać dowolną formę - były plakaty, ebook i książka. Myślę, że dzięki takiemu rozplanowaniu uczniowie zrozumieli, że najważniejsza praca była na etapach 1 i 2, a etap końcowy to podsumowanie. Wcześniej inaczej do takich zadań podchodzili. Wykonane materiały trzeba było zaprezentować reszcie klasy. Słuchacze mogli zadawać pytania, jeśli czegoś nie rozumieli. Prezentujący opowiadali też o swojej pracy i sami wystawiali sobie ocenę. Wykorzystaliśmy też ocenę koleżeńską - słuchacze również mogli zaproponować ocenę, podając argumenty. Muszę przyznać, że podeszli do tego rozsądnie. Padały argumenty takie, jak: jest dużo/mało informacji, wszystko jest czytelne, dobrze zaprezentowane, są prawidłowe zdania, materiały są skategoryzowane itp. W zdecydowanej większości przypadków zgodziłam się z oceną zaproponowaną przez uczniów i nie były to same 5 i 6. 

Co ważne, po każdym etapie rozbiliśmy podsumowanie, czyli tzw. stand-up. Wtedy każda grupa mówiła, co udało im się zrobić, z czym mieli problem, mogli komentować pracę innych, aby zasugerować im, co jeszcze mogą dodać czy poprawić. Na sam koniec projektu również odbył się stand-up oraz ewaluacja całości. Uczniowie przyznali, że dobrze im się tą metodą pracowało, że sporo się nauczyli, każdy był zaangażowany i poczuł się dowartościowany, bo okazało się, "że potrafi". 

Teraz wiem, że uczniowie potrafią budować zdania z czasami teraźniejszymi i ze spokojem możemy przejść do czasu przeszłego. Domyślam się też, że teraz będą uważniej pracować na moich lekcjach, bo zaangażowali się i dostali pozytywną informację zwrotną. A ich prace? Nie są tak naprawdę najważniejsze, dużo ważniejszy był proces ich tworzenia, ale i tak wstawiam poniżej:








Na koniec dodam jeszcze, że nie obyło się bez konstruktywnych porażek w trakcie pracy. 2 grupy doświadczyły tego na własnej skórze, ale szybko naprawiły błędy. Chodziło o to, że nie wolno było pracować nad projektem w domu - wszystko miało się odbywać podczas lekcji (wyjątkiem było wydrukowanie zdjęć). Bałam się, że w domu skorzystają z translatora albo ktoś przetłumaczy im zdania, a przecież celem nie było stworzenie plakatu, tylko rozwijanie umiejętności językowych. 2 grupy popełniły błąd - przygotowały tłumaczenie w domu. Szybko okazało się, że ich prace nie spełniają kryteriów sukcesu, są nie na temat (skupiały się na czasie przeszłym) i trzeba było robić wszystko od nowa. Wersja druga, zrealizowana podczas lekcji, była o wiele lepsza. To kolejna rzecz, której nauczyli się piątoklasiści - warto trzymać się instrukcji i przestrzegać ustalonych zasad. O tym również wspomnieliśmy podczas ewaluacji końcowej. Dla uczniów była to więc nie tylko lekcja języka angielskiego, ale też efektywnej nauki i organizacji pracy.  
Czym jest, a czym nie jest edukacja ekologiczna

Czym jest, a czym nie jest edukacja ekologiczna

Kiedy przegląda się materiały do nauczania ekologii przygotowywane przez wydawnictwa lub nauczycieli sprzedających karty pracy można dojść do wniosku, że edukacja ekologiczna to zdobywanie wiedzy o niektórych zachowaniach szkodliwych dla środowiska oraz tych, które mu nie szkodzą. Tym jest wiedza o segregowaniu śmieci, o konieczności i sposobach oszczędzania wody i prądu oraz o konieczności sadzenia drzew. Tylko że to jest wiedza o pewnych zachowaniach i ich konsekwencjach, a nie edukacja ekologiczna. 


Zacznijmy od tego, co tak naprawdę znaczy słowo "ekologia". Ludzie przyzwyczaili się traktować ekologię jako dbanie o środowisko naturalne. Tymczasem jest to nauka o zależnościach między organizmami, między organizmami a środowiskiem oraz o procesach, które są z tym związane. Wobec tego edukację ekologiczną powinniśmy zacząć od zdobywania wiedzy na temat środowiska, a jeśli to właśnie odbywa się na lekcjach przyrody, biologii, geografii, chemii i fizyki, powinniśmy pokazać uczniom, jak łączyć fakty. Związki chemiczne mają bezpośredni wpływ na żywe organizmy, a strefy klimatyczne i pogoda decydują o tym, jak rozwija się życie na danym obszarze. Podczas gdy wiedza o Ziemi jest rozdzielona na poszczególne przedmioty, edukacja ekologiczna powinna łączyć elementy niczym puzzle i przedstawiać środowisko jako całość.

Po drugie, zastanówmy się, co jest celem edukacji ekologicznej. Nie jest nim uratowanie środowiska naturalnego ani spowolnienie zmian klimatycznych - tego nie jesteśmy w stanie zrobić z uczniami, a nawet z całą szkołą. Możemy natomiast wpływać na zmianę zachowań. Wobec tego celem edukacji ekologicznej jest kształtowanie postawy odpowiedzialności za środowisko naturalne, zwłaszcza lokalne. To oznacza zarówno pogłębienie wiedzy o środowisku i świadomości o konsekwencjach własnych czynów, jak i (a nawet przede wszystkim) wykształcenie prawidłowych nawyków. Dlatego powinniśmy nastawić się na działanie i to nie od święta, na Dzień Ziemi, tylko stale. 

Edukacja ekologiczna powinna rozwijać kompetencje społeczne i obywatelskie, ale też przedsiębiorczość i inicjatywność. Postawmy zatem na sprawczość uczniów. Porozmawiajmy z nimi i razem ustalmy, co możemy zmienić w swoim zachowaniu. Wprowadzajmy drobne zmiany, np. postawmy w klasie kilka koszy na śmieci z kolorowymi workami i segregujmy odpady na bieżąco - w ten sposób o wiele więcej się nauczymy niż uzupełniając kartę pracy czy tylko wieszając w sali plakat o segregowaniu odpadów. Kiedy to stanie się już dla nas naturalne, podejmijmy kolejne wyzwanie - może to być zamiana torebek foliowych na kanapniki czy butelek z wodą na bidony. Możemy też spróbować ograniczyć mięso, nauczyć dzieci czytać metki i kody kreskowe na produktach, żeby wiedziały skąd dany towar pochodzi (aby ograniczyć ślad węglowy powodowany przez transport). Starszych możemy zachęcić do jeżdżenia do szkoły rowerem (zamiast samochodem rodziców), a nawet podjąć wyzwanie robienia np. 5 tys kroków dziennie. 

Warto też zadbać o lokalne tereny, np. ogród przyszkolny. Można posadzić tam drzewa, zasiać łąkę kwietną, a nawet urządzić ogródek warzywny. Na lekcji techniki uczniowie mogą wykonać hotel dla owadów albo budki dla jerzyków. Te działania są o tyle ważne, że sami uczniowie mogą doświadczyć konsekwencji tych zmian: mogą obserwować ptaki, w okolicy będzie mniej dokuczliwych komarów, łąka kwietna doda okolicy uroku, a zbiory z warzywniaka wzbogacą dietę dzieci. Korzystajmy z dobrodziejstw przyrody (zapach kwiatów, cień drzewa, czystsze powietrze, cisza, relaks itp.). Na każdym przedmiocie warto zwracać uwagę na przyrodę i jej znaczenie w naszym życiu - niech uczniowie poczują, że są częścią środowiska. 

Takie działania - wykonywane często, a nie tylko od święta - powinny sprawić, że uczeń odruchowo będzie wybierał zachowania przyjazne środowisku. A potem tego samego będzie uczył własne dzieci. 
Zdjęcia na polskim

Zdjęcia na polskim

Pokolenie Z żyje obrazami. Memy są wszędzie i na każdy temat. Uczniowie niechętnie czytają długie teksty, obrazy są dla nich zdecydowanie bardziej przystępne - zrozumiałe i ciekawsze. Poza tym zdjęcia rozbudzają wyobraźnię (zwłaszcza dobrej jakości zdjęcia), można nimi łatwo zaskoczyć czy zaintrygować. Dodam jeszcze, że zdjęcie jest migawką jakiejś opowieści - to, co przedstawia dany obraz, ściśle łączy się z momentem, w którym został on uwieczniony oraz z bohaterami (osobami przedstawionymi na zdjęciu lub jego wykonawcami). To wszystko sprawia, że zdjęcia są idealną pomocą dydaktyczną; są materiałem, który odpowiednio wykorzystany, może pomóc uczniom nie tylko zrozumieć i opanować materiał, ale też rozwinąć kompetencje. 


Zdjęcia warto wykorzystywać na każdym przedmiocie. Mają ogromny potencjał na lekcjach historii, przyrody/biologii czy WOSie. Dzisiaj jednak skupmy się na edukacji polonistycznej i języku polskim. Poniżej opisuję kilka pomysłów na wykorzystanie zdjęć do zrozumienia gramatyki, do omawiania lektur oraz do rozwijania umiejętności pisania. 

Gramatyka

Uczniom czasami trudno jest zrozumieć, po co uczą się danego zagadnienia, np. po co muszą rozwijać zdania? Po co w ogóle układać zdania rozbudowane? Łatwo to pokazać korzystając ze zdjęć. Pokażmy uczniom 2 zdjęcia:


O które zdjęcie mi chodzi, kiedy powiem: "Ona czyta"? Nie da się na to pytanie odpowiedzieć, gdyż pasuje do obu zdjęć. A kiedy nieco rozwinę zdanie i powiem: "Ona czyta książkę"? Nadal mamy za mało informacji, aby wybrać zdjęcie. Poprośmy zatem uczniów o takie rozwinięcie zdania, aby dało się jasno stwierdzić, o którym zdjęciu mowa. Możemy wykonać kilka takich przykładów, a uczniowie na pewno zrozumieją, że aby dać odbiorcy jasny przekaz trzeba dokładnie określać, o co nam chodzi, a w tym pomagają zdania rozbudowane. 

Podobne ćwiczenie można wykonać przy pomocy zdjęcia wieloznacznego, czyli takiego, które może mieć wiele interpretacji:


Możemy na nim trenować budowanie określonego rodzaju zdań, np. z konkretnym spójnikiem. Poprośmy uczniów, aby na podstawie zdjecia ułożyli zdanie ze słowem "ponieważ". Na pewno pojawi się też okazja, aby porozmawiać o różnicy między faktem a opinią i dzięki temu rozwijać w uczniach krytyczne myślenie. Jeśli jeden uczeń ułoży zdanie: "Chłopiec jest smutny, ponieważ tęskni za swoim tatą", a drugi "Chłopiec jest smutny, ponieważ jest głodny" mamy świetną okazję do pokazania, że fakt to stwierdzenie prawdziwe dla wszystkich, natomiast opinię każdy może mieć inną. 

Zdjęcia są też idealne do przećwiczenia części mowy. Na takim zdjęciu:


jest mnóstwo rzeczowników (uczeń, ławka, kartka, tablica...), przymiotników (papierowa, fioletowa, kolorowa, czytelny...), czasowników w różnych osobach (siedzą, czyta, słucha; ale też czasowników w czasie przeszłym: powiesił, wstały, przynieśli...) oraz przysłówków (wyraźnie, uważnie, interesująco...). Uczniowie mogą je po prostu podawać na głos, zapisać w zeszycie w formie tabelki, gdzie każda kolumna to inna część mowy, lub pobawić się - jedna drużyna podaje czasownik, a pozostałe układają z nim zdania opisujące to zdjecie, czyli np. do czasownika "słucha" pasuje zdanie: "Nauczycielka słucha uczniów". 

Lektury


Zdjęcia warto wykorzystać także do omawiania lektur. I to wcale nie muszą być zdjęcia ilustracji z danej książki. Chodzi o to, aby pobudzić myślenie uczniów oraz głębsze zrozumienie treści lektury, więc lepiej jest wybrać zdjęcia pozornie nie mające nic wspólnego z omawianą lekturą. Świetnie nadają się do tego wszelkie karty metaforyczne, np. z gry Dixit. Pamiętam moje zaskoczenie podczas omawiania "Karolci", kiedy podzieliłam uczniów na grupy, każda grupa otrzymała ode mnie 7 losowych kart Dixit, z których mieli wybrać jedną najbardziej kojarzącą się z lekturą (i oczywiście wyjaśnić, dlaczego wybrali właśnie tę). Bałam się, że to będzie trudne zadanie dla durgoklasistów, tymczasem bardzo szybko wybrali i podali świetne argumenty, np. 


Ta karta pokazuje Karolcię w ogrodzie, tuż po tym, kiedy dowiedziała się, że ogród będzie zamknięty. 
Albo:

To Karolcia i Piotr, kiedy byli niewidzialni. 

Jestem przekonana, że takie ćwiczenie pasuje do każdej lektury, trzeba tylko odpowiednio zadać pytanie. 

Polecam też zastanowić się nad miejscem akcji w lekturze - czy wpływa ono na decyzje bohaterów? Jeśli tak, to w jaki sposób? Jak zmieniłyby się jego decyzje, gdyby bohater znalazł się w zupełnie innym miejscu? Ponownie wykorzystam przykład z "Karolci". Ostatnie życzenie do koralika Karolcia i Piotr wypowiadają siedząc na ławce na podwórku, otoczeni ścianami kamienicy. Wypowiedziane życzenie jest ściśle związane z mieszkańcami kamienicy. Czy ich życzenie byłoby inne, gdyby wypowiadali je w takim miejscu:


Jakie mogłoby być wtedy ich życzenie? 

Takie ćwiczenie pozwala lepiej zrozumieć decyzje bohaterów, ale też rozwija kompetencje społeczne. Przecież często oceniamy czyjeś zachowania lub decyzje, nie zastanawiając się nawet na motywami czy uwarunkowaniami tych decyzji. Warto uczulić uczniów na to, że każde zachowanie z czegoś wynika. Nie możemy nikogo oceniać, nie znając jego sytuacji. 

Pisanie


Najwięcej możliwości dają zdjęcia jeśli chodzi o rozwijanie umiejętności pisania. Możemy za pomocą zdjęć trenować konkretne formy tekstu, albo ogólnie formułowanie zdań czy kilkuzdaniowych tekstów. 

Zapisywanie dialogów zwykle sprawia uczniom trudność: gdzie postawić myślniki, a gdzie kropki? Może będzie im łatwiej, jeśli zamiast nudnych zadań z kart ćwiczeń napiszą w zeszycie dialog między dwiema osobami ze zdjecia:


Mogą nadać tym ludziom imiona i zmyślić całą historię - gdzie są, co robią, o czym rozmawiają. Ważna tu będzie forma tekstu. Dzieci zwykle lubią zadania, w których sami mogą podejmować wiele decyzji. 

A może jeszcze ciekawiej będzie, jeśli uczniowie będą mieli napisać dialog między dwiema sikorkami, które spotkały się przy wodopoju? Taki tekst to nie tylko przyjemność pisania, ale też radość dla nauczyciela, kiedy potem czyta kreatywne pomysły uczniów.


Jeszcze większą radość tworzenia mogą mieć uczniowie pisząc opowiadanie na podstawie intrygującego zdjęcia, np. takiego:

Kto to jest? Co mu się przydażyło? Gdzie to się stało? Wypiszmy najpierw podstawowe informacje, a potem ułóżmy z nich opowiadanie zawierające wstęp, rozwinięcie i zakończenie. W ten sposób uczymy też uczniów planowania pracy. 

Za pomocą zdjęć możemy też łączyć wiedzę z różnych dziedzin. Wyobraźmy sobie, że uczniowie otrzymują list od tej pani: 


O czym ona może napisać? Nauczyciel może sam napisać taki list jako przykład do analizy tekstu, a potem uczniowie mogą na ten list odpowiedzieć. Inną opcją jest napisanie listu od atronautki razem, ale po wyszukaniu informacji na temat Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. W ten sposób nie tylko trenujemy pisanie listów, ale też pogłębiamy wiedzę na temat świata. Wtedy list staje się jednocześnie formą podsumowania wiedzy. 


Zdjęcia mają w sobie ogromny potencjał edukacyjny. Czasami wystarczy pomysł, jak je wykorzystać. Dlatego zachęcam do wykorzystania różnego rodzaju obrazów podczas lekcji. 

Powyższe pomysły przedstawiłam 25 marca 2022 roku podczas Ogólnopolskiej Konferencji Humanistycznej Tysiąc pomysłów na twoją lekcję zorganizowaną przez CEN Białystok.
Po co komu sprawdziany?

Po co komu sprawdziany?

O sprawdzianach już kiedyś pisałam (tutaj). Wracam do tego tematu z nowymi refleksjami, które potwierdzają mój poprzedni wpis. Są nauczyciele, którzy uważają, że wystarczy im obserwacja i analiza prac uczniów. Są też tacy, którzy sprawdziany robią po każdym przerobionym dziale. Ja jestem gdzieś pośrodku - obserwuję, analizuję prace uczniów, ale od czasu do czasu robię sprawdzian, gdyż pokazuje on zupełnie inne rzeczy, niż pozostałe formy sprawdzania umiejętności uczniów. 


Kilka dni temu jedna z moich drugoklasistek powiedziała, że "umie, ale kiedy jest sprawdzian przestaje myśleć". Dało mi to do myślenia, gdyż od początku starałam się przyzwyczajać dzieci, że sprawdzian to nic strasznego, że to szansa na poznanie swoich umiejętności. Czy strach ucznia oznacza, że mam sprawdzianów unikać? Czy może rozsądniej jest przyzwyczaić uczniów do takiej formy pracy, nauczyć ich radzić sobie z emocjami i pokazać, że sprawdzian to nie jest kara, tylko okazja do tego, aby zobaczyć, co już umiemy, a nad czym jeszcze powinniśmy popracować? Przecież od czwartej klasy na pewno będą pisać sprawdziany regularnie (w mojej szkole w klasach 1-3 jest tylko ocena kształtująca, ale w starszych klasach większość nauczycieli stosuje jedynie oceny sumujące). Jeśli ja nie nauczę dzieci prawidłowego podejścia w klasach 1-3, potem nie będzie już na to czasu. 

Dlatego robię sprawdziany - rzadko, raz na kilka miesięcy. W trzeciej klasie zamierzam to robić nieco częściej. Przekonuję się, że sprawdziany dają mi bardzo dużo informacji o uczniu. Podczas lekcji zwykle uczniowie radzą sobie z większością aktywności, gdyż wystarczy im drobna pomoc kolegi lub moja, aby zrozumieć i poradzić sobie z zadaniem. Na sprawdzianie pracują sami, co daje mi możliwość przekonać się, ile faktycznie rozumieją i potrafią. Sprawdzian wymaga też dłuższego skupienia, a to dla niektórych wyzwanie, którego da się uniknąć podczas lekcji zwłaszcza, że często pracujemy metodą projektu. Po sprawdzianie zawsze mam w notesie sporo notatek na temat tego, nad czym muszę z uczniami popracować, do czego powinnam wrócić. Uważam więc, że przy takim podejściu sprawdziany służą lepszemu uczeniu się uczniów. 

I, co bardzo ważne, sprawdzian, a przede wszystkim zamieszczona na nim informacja zwrotna, jest przydatna dla rodziców. Jeśli uczniowie nie otrzymują ocen, rodzice mogą nie mieć świadomości, z czym ich dziecko radzi sobie dobrze, a co wymaga pracy dodatkowej. Oczywiście, mogę taką informację przekazać przez dziennik lub podczas spotkania z rodzicem. Ale przy 26 uczniach w klasie nie jestem w stanie robić tego zbyt często. Dlatego wykorzystuję sprawdzian do przekazania informacji rodzicom. 

Trzeba też wyjaśnić, co oznacza słowo "sprawdzian". Dla mnie to nie musi być 45 minutowa karta pracy składająca się z wielu różnych zadań. Równie dobrze to może być tekst do samodzielnego przeczytania i 2-3 zadania do tekstu, w których sprawdzę, czy uczeń rozumie, co czyta oraz czy potrafi budować zdania, a nawet kilkuzdaniowy tekst. Sprawdzianem jest też dla mnie zbiór np. 10 zadań z matematyki o różnym stopniu trudności, z których uczeń sam wybiera te zadania, które czuje się na siłach rozwiązać. Już sam wybór jest dla mnie ważną informacją, a sposób rozwiązania i zapis matematyczny naprawdę dużo mówi o umiejętnościach dziecka. Czasami okazuje się, że mimo mnóstwa zadań z treścią rozwiązanych razem podczas lekcji uczeń nie potrafi samodzielnie zapisać prawidłowego działania (chociaż zadanie rozumie i potrafi je logicznie wyjaśnić).

A jak uczniów oswoić z emocjami towarzyszącymi pisaniu sprawdzianów? Na pewno trzeba z nimi o tym rozmawiać, ale też pokazywać, jaką korzyść odnoszą z informacji zwrotnej od nauczyciela. Przy oddawaniu sprawdzonych prac staram się każdemu poświęcić chwilkę na wspólną analizę jego umiejętności. Ustalamy też, co uczeń może zrobić, aby rozwinąć te umiejętności, których jeszcze nie osiągnął. Ważna jest też praca z rodzicami - jeśli rodzic będzie w domu "straszyć" sprawdzianem, to praca nauczyciela pójdzie na marne. Sama informacja zwrotna udzielana uczniowi powinna skupiać się na pozytywach, na tym, co uczeń umie. Niech dziecko kojarzy ze sprawdzianem pozytywne emocje - pochwałę. A jeśli planując kolejne aktywności na podstawie wyników sprawdzianu pokażę uczniom cały proces: sprawdzian, analiza umiejętności uczniów, zadania pozwalające uczniom rozwinąć umiejętności, z którymi nie do końca sobie radzą, a w rezultacie rozwinięcie tych umiejętności - na pewno będą rozumieć czemu to wszystko służy. 
Jak nie zgubić dziecka w sieci

Jak nie zgubić dziecka w sieci

Książka "Jak nie zgubić dziecka w sieci" Zyty Czechowskiej i Mikołaja Marceli to dobrze napisany poradnik dla rodziców i nauczycieli. Jest podzielony na dwie wyraźne części: w pierwszej Mikołaj Marcela omawia oddziaływanie internetu i nowych tehcnologii na młodych ludzi, powołując się na różne badania, ale też własne obserwacje; w drugiej Zyta Czechowska opisuje różne wartościowe miejsca w sieci, z których warto skorzystać.


Z książki dowiemy się, jak powinniśmy traktować nowe technologie, aby wykorzystywać ich dobrodziejstwo, minimalizując ich negatywne oddziaływanie na młodego człowieka. Poznamy też ich wpływ na mózg. Nauczymy się prawidłowego podejścia do nowych technologii jako rodzice i nauczyciele, a także kształtowania prawidłowego podejścia u naszych dzieci. Z drugiej części dowiemy się, jak wykorzystać potencjał, jaki niosą ze sobą nowe technologie np. w budowaniu relacji, komunikacji, zdobywaniu wiedzy oraz ogólnym rozwoju, również dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi.

Przesłanie książki jest czytelne - czy tego chcemy, czy nie - nowe technologie są ważną częścią świata, w którym żyjemy. Nie da się ich uniknąć. Zamiast narzekać na ich negatywne oddziaływanie na młodych ludzi, powinniśmy nauczyć się prawidłowo z nich korzystać, a także nauczyć tego nasze dzieci i uczniów. 

"[Internet] ... jest jak Królicza Nora z Alicji w Krainie Czarów Lewisa Carrolla. Po wpadnięciu do niej wkraczamy do świata, który rządzi się zupełnie nowymi prawami. W powieścia Carrolla w Króliczej Norze czai się kraina niezwykłych możliwości i nic nie jest w niej takie jak w realnym świecie. Alicja nieustannie próbuje nowych rzeczy, jednak w tym wszystkim towarzyszy jej uczucie zagubienia w obcej rzeczywistości."*

Ten cytat świetnie oddaje naturę internetu. A skoro taki własnie jest, wystarczy go lepiej poznać, a zaczniemy w nim czuć się, jak u siebie i nauczymy się wykorzystywać te możliwości, które ze sobą niesie. Z pewnością pomoże nam w tym książka Zyty i Mikołaja.  

*Z. Czechowska, M. Marcela, Jak nie zgubić dziecka w sieci, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 2021, str.25.

WriteReader - każdy może stworzyć książkę

WriteReader - każdy może stworzyć książkę

Tworzenie książki na podany przez nauczyciela temat, np. w oparciu o konkretne materiały, to świetna opcja zarówno na zdobycie, jak i utrwalenie nowej wiedzy. Można też zachęcić uczniów do tworzenia książek o ich zainteresowaniach, a także przedstawić samodzielnie utworzoną książkę jako efekt pracy projektowej. Sposobów wykorzystania jest dużo, aplikacji również. Dzisiaj polecam WriteReader, gdyż to bardzo prosta i bogata w zasoby strona, z której mogą korzystać nawet maluchy z klas 1-3. 


Aby założyć konto nauczyciela trzeba wejść na stronę https://app.writereader.com/login, kliknąć na Educators Log in/Sign up, a następnie wejść w zakładkę Educators Sign up. Wypełniamy dane i tworzymy konto. Za każdym następnym razem wchodzimy na tę samą stronę, ale klikamy na Educators Log in. Po zalogowaniu widzimy półkę na książki. Na początku są tam książki udostępnione nam przez firmę WriteReader - instrukcja, wskazówki na temat rozwijania umiejętności pisania oraz na temat nauczania zdalnego. 

Aby utworzyć własną książkę należy kliknąć na znak + w prawym dolnym rogu. Otwiera się małe menu, ale na darmowym koncie możemy wybrać jedynie opcję podświetloną na niebiesko. Nie szkodzi, to i tak wystarcza. Program jest bardzo łatwy w obsłudze - tak łatwy, że wystarczy instrukcja obrazkowa:
Nauczyciel tworzy uczniom konta: na stronie głównej (Bookshelves) na górze jest menu na niebieskim pasku. Trzeba kliknąć na Students, a tam na niebieskie kółeczko z ikoną ludzika i +. Po kolei dodajemy uczniów (trwa to zaledwie chwilkę), a potem drukujemy im wizytówki z danymi do logowania (Login cards). Oprócz Username i kodu klasy mają tam kod QR, który mogą zeskanować telefonem lub tabletem i od razu wejść na swoje konto. Jeśli pracują na komputerze, wchodzą na tę samą stronę, co nauczyciel, ale klikają w zakladkę Students Log in. Nauczyciel może stworzyć wiele klas - na stronie głównej po lewej stronie jest zakładka My classes, a tam, w prawym dolnym rogu znajduje się ikonka +, którą dodajemy kolejne klasy.

Każdy uczeń może tworzyć książki na dowolnie wybrany temat, a nauczyciel na swoim koncie widzi i może modyfikować książki uczniów: może poprawiać błędy i dodać własny tekst na dole strony (komentarz, dodatkowe informacje lub informację zwrotną). Każdą książkę można udostępnić poprzez link.

Na każdej stronie książki możemy dodać zdjęcie i tekst (nieco inna jest strona tytułowa).  

Na stronie głównej mamy jeszcze 2 zakładki w menu na niebieskim pasku: Template library (biblioteka szablonów) oraz Settings (Ustawienia). Warto przejrzeć obie, gdyż szablony zawierają wskazówki, do czego można wykorzystać tworzenie przez uczniów ebooków, natomiast ustawienia pozwalają nam zdecydować np. czy uczniowie będą mogli zobaczyć i przeczytać książki innych uczniów z klasy. 

Warto wspomnieć jeszcze o 2 rzeczach. Po pierwsze, na środku strony, tuż pod niebieskim paskiem menu, znajduje się przełącznik, którym ustawiamy widok na książki całej klasy (Class books) lub książki 1 osoby (My books lub książki konkretnego ucznia). Po drugie, po prawej stronie ekranu jest przełącznik trybu pracy: jeśli widzimy Edit book to znaczy, że jesteśmy w trybie czytania; jeśli widzimy napis Read book - jesteśmy w trybie edycji. 

Opisałam najważniejsze opcje programu WriteReader. Polecam założyć darmowe konto i wypróbować je, tworząc jakąś książkę dla uczniów. Wtedy najlepiej poznamy wszystkie opcje i będziemy mogli pokazać je uczniom (moi drugoklasiści świetnie zrozumieli obsługę tego programu w ciągu kilku minut). Co ważne - program bardzo dobrze działa na tabletach i telefonach.

Jak wykorzystać ten program w pracy z uczniami? 


Nauczyciel może tworzyć książki dla uczniów przekazując im wiedzę albo zadając pytania badawcze.  Takie książki można im potem udostępnić do przeczytania w domu albo wyświetlić na tablicy lub ekranie. 

Wolę jednak, kiedy na lekcji uczniowie nie są odbiorcami, ale twórcami treści. Dlatego zdecydowanie lepszą opcją, według mnie, jest wykorzystanie tego programu do tego, aby to uczniowie tworzyli książki:
  • na temat swoich zainteresowań
  • jako podsumowanie omawianego tematu
  • jako notatka do materiałów z podręcznika
  • jako efekt pracy projektowej 
  • na lekcjach jezyka obcego jako słowniczek obrazkowy (mogą w nim pisać pojedyncze wyrazy lub całe zdania z poznaną konstrukcją)
  • jako materiały wizualne przy prezentowaniu wybranego tematu (zamiast prezentacji multimedialnej)
  • zapewne w wielu innych sytuacjach, jakie tylko przyjdą do głowy nauczycielowi lub uczniom. 
Jeśli chcecie zobaczyć przykładową książkę stworzoną w WriteReader, kliknijcie tutaj - to książka stworzona przez uczniów klasy 2 SP w czasie lekcji o Australii. 

Jeśli jeszcze ktoś zastanawia się, czy warto wypróbować ten program dodam, że w ciągu 2 dni, od kiedy pokazałam go uczniom, w wolnym czasie, w domu, moi drugoklasiści stworzyli 12 książek na tematy, które ich interesowały. A ja z chęcią je obejrzałam - mogłam sporo dowiedzieć się o moich uczniach i zaobserwować, z czym sobie radzą (jeśli chodzi o pisanie), a co stanowi dla nich problem. 
Escape room o układzie krwionośnym

Escape room o układzie krwionośnym

Przygotowałam dla moich uczniów zadania w formie escape roomu na temat układu krwionośnego. Tak się zaangażowali w pomaganie czerwonej krwince, że nawet nie zauważyli dzwonka na przerwę... Ja pracowałam przed lekcją (było trochę drukowania, kserowania, wycinania, przygotowywania kopert itp.), ale w czasie lekcji krążyłam tylko po sali i obserwowałam uczniów przy pracy. Niesamowite było słuchać ich dyskusji, jak argumentują, przekonują siebie nawzajem, wyciągają wnioski. 


 Zaczęłam od przygotowania zadań:





Następnie wydrukowałam, skopiowałam tyle razy, ile miało być grup (u mnie było to 6 razy). Porozcinałam i przygotowałam koperty - na szczęście miałam ich dużo, gdyż zawarłam koperty w wyprawce na początku roku szkolnego. 



Przygotowałam też 2 koperty - zmyłki ("szybciej" i "czerwony"), a do środka włożyłam karteczkę z czerwonym X, co miało oznaczać "błąd".


Napisałam list od Krwinki Czerwonej, który był wprowadzeniem do całości. Listy skopiowałam, włożyłam do kopert i zaadresowałam. 



Było z tym trochę pracy, ale było warto. Moja praca była przed lekcją, a w czasie lekcji - praca uczniów. Ja obserwowałam, a kiedy uczniowie mieli problemy, podpowiadałam, aby jeszcze raz uważnie przeczytali zadanie. 

Okazało się, że największy problem uczniowie mieli właśnie z czytaniem ze zrozumieniem. Po przeczytaniu listu podeszli do kopert rozłożonych na podłodze i nie bardzo wiedzieli, co mają dalej robić. Poprosiłam o przeczytanie listu jeszcze raz, gdyż tam jest napisane, co mają robić. Przeczytali ponownie i wtedy już załapali. Znaleźli kopertę z napisem "Start" i ruszyło. Zaanagażowani byli wszyscy. Najciekawszy był ten moment, kiedy podchodzili do kopert i dyskutowali, którą wziąć teraz. Padały konkretne argumenty, np. przy zadaniu 5: "To ma być czasownik, a przecież szybciej to nie jest czasownik" albo przy zadaniu 4: "Jak płynie z palca u nogi do góry, to chyba nie może płynąć szybciej niż w dół?". Logiczne... 😉

Na koniec uczniowie mieli wykonać notatkę w OK zeszycie. Nie było to łatwe dla drugoklasisty. Trzeba było jeszcze raz przejrzeć zadania, wyciągnąć z nich to, co najważniejsze i zapisać lub narysować. Z tym uczniowie poradzili sobie różnie. Niektóre grupy potrzebowały tutaj mojej pomocy. Ale byli też tacy, którzy dali radę sami:



Wiem, że muszę jeszcze wrócić do tematu i podsumować wszystko z uczniami. Będzie okazja, gdyż w poniedziałek kilka osób wróci do szkoły po chorobie, poproszę więc tych, którzy byli na lekcji o układzie krwionośnym, aby w kole na dywanie opowiedzieli pozostałym o tym, czego się nauczyli. Będę wtedy miała okazję zobaczyć, ile zrozumieli i ewentulanie coś sprostować czy dodać. 

Wiem też, że będę takie escape roomy robiła częściej, gdyż wszyscy się w to bardzo zaangażowali, byli zaciekawieni, pracowali solidnie, zdobywali wiedzę, ale też rozwijali umiejętności. A dla mnie to była czysta przyjemność obserwować ich. 

Pliki do pobrania:





Ile udźwignie lider?

Ile udźwignie lider?

Niczym echo, cały czas powracają do mnie słowa, które słyszałam w kontekście Laboratoriów Przyszłości o tym, że za realizację programu w szkole powinni być odpowiedzialni liderzy edukacji. Jest w tym jakiś sens - lider edukacji to zwykle osoba aktywna, lubiąca wyzwania, odpowiedzialna i pracowita. Zapewne w każdej szkole jest taki lider. Problem w tym, że w przeciętnej szkole taki lider jest jeden, góra dwóch. A Laboratoria Przyszłości to nie jedyny program, który realizuje szkoła. 


Jeśli w waszej szkole jest inaczej - gratuluję. Placówki, które znam z autopsji albo z opowieści znajomych, mają zdecydowany niedobór liderów. Oznacza to zatem, że lider edukacji staje się odpowiedzialny za kilka rzeczy w szkole. A kiedy pojawia się kolejne wyzwanie, dyrektor zazwyczaj jest skłonny oddać je w ręce osoby sprawdzonej, której może zaufać. Wniosek jest taki, że jeśli ktoś jest pracowity i solidnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, to - w nagrodę (sic!) - przydzielane mu są kolejne zadania. Z punktu widzenia dyrektora jest to logiczne, gdyż dyrektor woli przekazać zadanie osobie, która zapewne się z niego wywiąże i zrobi to dobrze. Z punktu widzenia pracownika, do pewnego momentu jest to wyróżnienie, ponieważ czuje zaufanie przełożonego. Dobrze, jeśli idzie za tym zwiększony dodatek motywacyjny (co nie zawsze jest takie oczywiste, gdyż w wielu szkołach dodatek motywacyjny przydzielany jest z urzędu wszystkim po równo). Istnieje jednak pewna granica. W którymś momencie lider może mieć na swoich barkach tak dużo, że traci motywację i jest zmęczony, a poczucie niesprawiedliwości w porównianiu z koleżankami i kolegami, którzy robią niewiele poza prowadzeniem lekcji, staje się nieznośne.  

Nic dziwnego, że coraz więcej nauczycieli czuje wypalenie zawodowe i myśli o zmianie pracy. Do tego dochodzi jeszcze wiele innych problemów takich, jak zmiany w prawie oświatowym, niska pensja, roszczeniowość rodziców, brak zgody organów prowadzących na zatrudnianie nauczycieli wspomagających czy na dodatkowe godziny w ramach pomocy psychologiczno-pedagogicznej, chociaż rośnie liczba dzieci, które tej pomocy potrzebują. 

Przenieśmy się teraz na grunt klasy. Czy tam przypadkiem nie zdarza się to samo? Jeśli klasa ma wyznaczone zadanie, np. przygotować wystąpienie na szkolne obchody jakiegoś święta, to czy nauczyciel nie ma pokusy, aby odpowiedzialnym uczynić przewodniczącego klasy albo osobę, która zawsze solidnie podchodzi do tematu i zapewne stanie na wysokości zadania? Niestety, zbyt często okazuje się, że wyznaczony lider musi sam wykonać zadanie, gdyż albo źle rozdzielił obowiązki, albo inni nie wykonali przydzielonych im zadań, a silne poczucie obowiązku nie pozwala liderowi zrezygnować.

Czy da się to zorganizować inaczej? Jako nauczycielowi łatwiej jest mi pisać o uczniach. Tu widzę kilka rozwiązań. Po pierwsze, możemy nauczyć naszych uczniów pracować w zespołach. Wtedy lider jest tym, który jedynie czuwa nad przebiegiem procesu, ale pracuje każdy członek grupy. Oczywiście, to nie przychodzi samo - wymaga dużo ćwiczeń, ale przecież współpraca jest jedną z najważniejszych kompetencji i zakładam, że jest kształtowana od pierwszej klasy szkoły podstawowej. Po drugie, czy na pewno w klasie jest tylko jeden lider? Może inni jeszcze się nie ujawnili, może nawet sami nie są tego świadomi, bo klasowy lider od kilku lat nie dał im szansy się wykazać? Spóbujmy przydzielać odpowiedzialne zadania także innym uczniom, ale nie zostawiajmy ich z tym samych. Możemy poświęcić im nieco więcej czasu i pomóc im zaplanować działania, aby czuli, że mają wsparcie i wiedzieli, co robić. Możemy na bieżąco monitorować postępy ich pracy, przypominać i pomagać im rozwiązywać problemy. Dzięki temu rozwiną nowe umiejętności, a może sami będą zaskoczeni faktem, że im się udało. A jeśli mimo naszej pomocy nie uda im się, trudno - świat się nie zawali. Trzeba z pokorą wyciągnąć wnioski na przyszłość. Trzecia opcja jest taka, że nauczyciel nie wyznacza jednego lidera, tylko przydziela różnym uczniom poszczególne zadania, przy czym "przydziela" nie oznacza, że to nauczyciel sam wyznacza, jakie te zadania są i kto ma się czym zająć - wszystko powinno być przedyskutowane i ustalone razem. 

To tylko kilka możliwości działania, jest ich dużo więcej i myślę, że wielu z was dobrze je zna. Dlaczego zatem nie przenieść tego na grunt nauczycieli? Przecież za dane zadanie nie musi być odpowiedzialny jeden lider, ale np. zespół wyznaczony przez dyrektora. Jeśli dyrektor nie może być pewien, że dana grupa sobie poradzi, może ich wspomóc - ustalić wspólne spotkanie, pomóc im rozdzielić zadania i wyznaczyć terminy, a potem monitorować postępy pracy. Dyrektor może też prosić o wykonanie konkretnych zadań różne osoby - niekoniecznie z zaskoczenia na posiedzeniu rady pedagogicznej, ale po wcześniejszej rozmowie indywidualnej i zapewnieniu, że wyznaczona osoba uzyska wszelkie potrzebne jej wsparcie. Opieka nad danym programem może być też rozdzielona na wiele osób, np. w przypadku Laboratoriów Przyszłości jedna osoba może odpowiadać za druk 3D, inna za zdjęcia i filmy, a jeszcze inna za mikrokontrolery, pracownię techniczną czy kulinarną. Wtedy jest większa szansa, że mając zawężoną dziedzinę, nauczyciel może stać się specjalistą i wspierać innych w wykorzystaniu danego sprzętu. Natomiast lider, który ma się zająć wszystkim, nie będzie w stanie nauczyć się i pilnować wykorzystania każdego urządzenia. 

Od kilku lat przestaje mi się podobać określenie "lider edukacji". Mam wrażenie, że jest ono zdecydowanie nadużywane. W rezultacie liderzy edukacji powoli odchodzą z zawodu. Kto w takim razie zostaje? 
Dzień Wody z myśleniem krytycznym

Dzień Wody z myśleniem krytycznym

Co roku obchodzimy Dzień Wody. My, dorośli, wiemy, że to ważne. Ale czy nasi uczniowie faktycznie czują potrzebę rozmowy na ten temat? Dla nich woda jest jak powietrze, korzystają z niej, kiedy tylko potrzebują. Dlatego w tym roku postanowiłam podejść do tematu z innej strony. Postanowiłam pokazać uczniom, jak to jest, kiedy wody nie ma. Dlatego w grafice tytułowej wpisu, nieco przewrotnie, pokazałam suszę. 


Chciałam, aby moi uczniowie popatrzyli na temat wody z innej perspektywy - perspektywy dziecka z Somalii, które nie ma kranu z wodą, ani nawet studni na podwórku. Znalazłam film Unicefu prezentujący dzień z życia 13-letniej dziewczynki, która każdego dnia 8 godzin dziennie spędza w podróży po wodę. Film nie jest drastyczny, więc nadaje się nawet dla maluchów. Jest zawarty w poniższym Swayu.

Zależy mi też na tym, aby uczniowie odczuli chociaż namiastkę tego, jak to jest iść kilka kilometrów po wodę. Dlatego chciałabym ich zabrać na boisko szkolne (jeśli będzie padało skorzystamy z długiego korytarza). Zmierzymy jego długość, chociażby dużymi, ok. metrowymi krokami i obliczymy, ile razy trzeba przejść w tę i z powrotem, aby pokonać 4 km (to i tak niewiele w porównaniu z dziewczynką z filmu). Potem będziemy chodzić i chodzić, aż dzieci zaczną marudzić. Niech odczują, jak męczący jest brak wody. A potem policzymy, ile przeszliśmy, a ile jeszcze zostało. Nie omieszkam przypomnieć, że w Somalii panuje upał i zazwyczaj świeci palące słońce, a dzieci nie mają wygodnych butów sportowych... 

To doświadczenie nie będzie mialo sensu, jeśli nie odniesiemy tego do naszej sytuacji. Dlatego pokażę dzieciom wycinki artykułu oraz dane na temat zasobów wody w Polsce. Okaże się, że wcale nie jest tak kolorowo, jak to czujemy na co dzień. W Polsce też może niedługo brakować wody. Pomyślimy więc, co każdy z nas może zrobić, aby wody starczyło na jak najdłużej. A może uda nam się wymyśleć, jak pomóc dzieciom w Somalii?

Całość zajęć jest, oczywiście, zaplanowana krok po kroku, ze wstępem i podsumowaniem. Na pewno nie zmieścimy się w 45 minutach - to zależy, jak długo dzieci wytrwają w chodzeniu. Rozpoczniemy i skończymy rutyną myślenia krytycznego Most, a w trakcie lekcji będziemy też rozwijać myślenie przyczynowo-skutkowe za pomocą chmurki TOC. 

Cała lekcja jest opisana w poniższym Swayu, który można uczniom wyświetlić w całości, albo tylko wybrane fragmenty. Karty pracy do pobrania na dole wpisu. 



Pliki do pobrania:




Young Power

Young Power

Książkę Justyny Sucheckiej "Young Power. 30 historii o tym, jak młodzi zmieniają świat" powinien przeczytać każdy nauczyciel. Lektura ta przede wszystkim pozwala spojrzeć na uczniów - młodych ludzi zupełnie z innej strony niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni na co dzień. Jak często słyszycie, że młodym się nic nie chce, że brakuje im motywacji, że nie da się z nimi nic zrobić? A przecież to nieprawda! 


Oczywiście, są i tacy, którzy żyją z dnia na dzień, robią tylko rzeczy niezbędne, a reszta czasu przelatuje im przez palce. W każdej grupie wiekowej takich znajdziemy. Ta książka jednak dobitnie pokazuje przykłady młodych ludzi, którzy mają pasje, są ciekawi świata i stawiają czoła wyzwaniom. Wierzę, że wielu nastolatków ma w sobie taki potencjał, a zadaniem rodziców i szkoły jest pomóc im to w sobie odkryć i pielęgnować. 

Moja wiara jest tym silnejsza, że sama mam wokół siebie uczniów, "którym się chce": szóstoklasiści drugi rok realizują ze mną projekty według ich pomysłu; przychodzą na spotkania w wolnym czasie, ciągle podejmują nowe wyzwania i chcą zmieniać świat. Ostatnio postanowili promować swoje działania poprzez stronę Młodzi Zaprojektowani. Coraz częściej też doświadczam tego, jak bardzo zaangażowanie uczniów w lekcję zależy od wykorzystanych metod. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby na lekcji prowadzonej metodą Design Thinking panował marazm - wtedy jest zawsze energia, każdy działa i uczy się. Nie twierdzę, że to się sprawdzi zawsze - każdy ma prawo mieć słabszy dzień. A jednak tak wiele zależy od nauczycieli... Tym bardziej zastanawia mnie fakt, że w przypadku osób opisanych przez Suchecką zdecydowanie częściej w rozwijaniu potencjału pomagali rodzice, rzadko nauczyciele.

Nastolatki opisane w książce Justyny Sucheckiej to zawsze osoby, które mają pasje. Być może to jest klucz do sukcesu? Pasje dają nam energię i wiarę w siebie. A to przekonanie, że coś potrafimy, może przekładać się na inne sfery życia: dostrzegam jakiś problem, więc działam, żeby zmienić sytuację. Dlatego tak ważne jest, abyśmy stwarzali uczniom warunki do odkrywania swoich talentów i zainteresowań. To oznacza pracę różnymi metodami, poruszanie różnorodnych tematów, przerzucanie odpowiedzialności na uczniów, aby a działaniu odkrywali siebie. 

Zastanawiam się, czy polecać tę książkę nastolatkom. Obawiam się jednak, że do wielu osób może nie trafić: jeśli gleba nie jest przygotowana, nasionko nie wykiełkuje. Przykładem, niestety, jest mój syn, który książkę przeczytał i nie dostrzegł w niej nic szczególnego...

Może lepiej byłoby wykorzystać tę książkę jako pomoc dydaktyczną na lekcje wychowawcze? Wybrać rozdział, który według nauczyciela najlepiej trafi do danej klasy, gdyż np. porusza tematykę, która leży w sferze zainteresowań uczniów albo opisuje młodego człowieka z naszego miasta. Podczas lekcji można zacząć od pytań wprowadzających problem. Przychodzi mi do głowy rozdział opisujący Szymona Ziemickiego z mojego miasta: 

  • Co jest potrzebne, aby zdobyć mistrzostwo Polski w danej dziedzinie?
  • Czy każdy może zostać mistrzem?
  • Kto to jest "mistrz Polski"? Jakie cechy ma ta osoba?
  • Jak zaczyna się jego przygoda?
  • Czy znasz jakiegoś mistrza?
Pytania można mnożyć w zależności od tego, w którym kierunku chcemy pójść. Ja chciałabym pokazać moim uczniom, że każdy może zostać mistrzem w wybranej dziedzinie, jeśli przyjmie odpowiednią taktykę i będzie ciężko pracował. A skoro mistrz Polski jest osobą niemalże w ich wieku i w dodatku mieszka blisko nich, mogą go nawet spotkać w miejskim skate parku - to, co było dotąd nierealne, staje się raptem namacalne... 

Świetnie nadaje się tutaj też rutyna myślenia krytycznego MOST: uczniowie wypisują na kartach 3 słowa, 2 pytania i 1 metaforę związaną z zagadnieniem "mistrz Polski". Potem czytamy razem wybrany rozdział. Poprośmy uczniów o przedyskutowanie w parach/grupach, co myślą o Szymonie oraz o jego sukcesie. Czy każdy może osiągnąć to, co on? Niech uczniowie podzielą się swoimi refleksjami na forum klasy.  Może wywiąże się dyskusja? Na koniec lekcji znowu korzystamy z rutyny MOST: uczniowie po raz drugi wypisują 3 słowa, 2 pytania i 1 metaforę i porównują z tym, co napisali na poczatku. Jak zmieniło się ich postrzeganie tematu?

Ponadto, nastolatek z książki "Young Power" może stać się superbohaterem. W trudnej sytuacji możemy go przywołać pytając: "a jak zachowałby się XYZ"? Będzie super, jeśli to pomoże uczniom zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad problemem, zamiast działać impulsywnie.


Przychodzi mi do głowy jeszcze jedna refleksja. Ostatnio bardzo dużo czytam o edukacji. Niesamowite jest to, że chociaż każda z tych książek opisuje inny aspekt edukacji, inne podejście albo inną teorię, wszystko tak pieknie się łączy! Aby być nastolatkiem z książki Justyny Sucheckiej, trzeba mieć nastawienie na rozwój (opisane w książce Carol Dweck). Ważne są też nasze pasje, jak podkreślał wielokrotnie Ken Robinson. Nie trzeba urodzić się kimś wyjątkowym, aby osiągnąć sukces, ponieważ każdy człowiek ma talent, jak pisze Gerald Hüther. A zadaniem szkoły jest stwarzanie takich warunków, aby uczniowie mogli odkrywać i rozwijać swoje pasje, jak czytamy w książce "Budząca się szkoła". Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, ale pewnie bym was zanudziła. Nie o to chodzi. Budujące jest to, że tak wielu ludzi rozumie, jak powinna wyglądać edukacja. I chociaż idą różnymi drogami, zmierzają w tym samym kierunku. 

Copyright © Dla nauczycieli , Blogger